wtorek, 21 październik 2008
Fak dad szit! - gry, gry, gry
Kiedy miałem trzynaście lat, ja i moi kumple z podwórka w tzw. przyszłości chcieliśmy pracować w pornobiznesie.
Serio.
To było w tych dawnych złych czasach bez netu i całego tego porno.
Kiedy przeskoczyłem dwudziestkę ja i moi kumple z podwórka w tzw. przyszłości chcieliśmy pracować w gamebiznesie.
I cóż, z porno jakoś nie wyszło, a z grami...
no właśnie od 1 października przechodzę w grach na zawodowstwo i nie chodzi tu tylko o PastelGames.
Otóż rzuciłem prace(co jest jedną z najlepszych chwil w życiu młodego człowieka tuż przed trzydziestką). Już byłem w ogródku, już witałem się z gąską czyli bezrobociem i zasiłkiem i bach! wystartowałem równo w 24 godziny po oficjalnym wypowiedzeniu w nowej pracy - w studiu developerskim gier na konsole.
I tak, łącząc babilon z Pastelgames spełniają się marzenia młodości...
Żeby tego było mało pierwszą robotą mą było przygotowanie scenariusza gry dla jednego z największych wydawnictw komiksowych zza oceanu.
Jako, że wiążą mnie umowy o poufności i takie tam więcej szczegółów zdradzić nie mogę, ot poza tym ze koncept arty i screeny z gry wykonał jeden z polskich rysowników komiksowych... i nie był to MS.
Zatem jest tzw pyta.
A o PastelGames mówiąc :
- zmienił się layout strony ( co nieco na ten temat napisał już Mateusz)
- kilka nowych /starych gier się pojawiło
i już miałem napisać o tym co w planie naszym wydawniczym jest ale od czego są fani:
środa, 8 październik 2008
Kryzysowa narzeczona w przesyłce za pobraniem
Coraz ich mniej, ale mam takie komiksy, których od dnia zakupu nie przeczytałem.
Rzadko się to zdarza ale bywa i tak, że to co leżało miesiące bądź lata na półce totalnie wywraca moją osobistą listę de fakin best of.
Tak miałem z Mail order Bride.
Mark Kalesniko był przez lata animatorem u Disney’a, pracował przy Mulan, Królu lwie i innych super produkcjach. W początku lat 90 startuje jako autor komiksów do tego uderza solidnie i między oczy najpierw krótkim S.O.S, niemym (niemalże) one shotem, a chwilę później serią Alex (zebraną w album przez Fantagraphics).
Kalesniko to wg mnie wielki pechowiec. Tak jego debiut jak i późniejsze powieści graficzne konkurować musiały z geniuszem Chrisa Ware’a i świeżością opowieści Daniela Clowes’a.
Konkurować tak o nagrody, uznanie krytyków jak i czytelników.
I z reguły przegrywał.
O ile jeszcze się taki nie urodził co podskoczyłby Ware’owi, o tyle w moim osobistym odczuciu Kalesniko przeskakuje Clowes’a o kilka poziomów.
Alex to psuedo biograficzna historia. Tytułowy bohater to rysownik, animator pracujący dla wielkiej wytwórni
filmowej (brzmi znajomo?), którego wywalono na pysk, jest bez pracy w swoim rodzinnym mieście. I próbuje się odnaleźć, szuka ratunku najpierw w wódzie a w końcu w jakimś nowym początku, restarcie biografii. Brzmi to jak jakiś społeczny dramat, ciężki jak czołg Rudy 102, ale czyta się go lekko i płynnie min dzięki cartoonowej grafice którą operuje Kalesniko.
Historia jest taka: Monty Wheeler prowadzi sklep z zabawkami i komiksami w małym kanadyjskim miasteczku Bardini (w tym fikcyjnym mieście toczy się także akcja Alexa). To klasyczny nerd – kolekcjoner, jego dom zawalony jest zabawkami figurkami, komiksami i gadżetami niby pop kulturowymi, taki jeden wielki śmietnik. Monty jest prawie 40 letnim prawiczkiem, który nie utrzymuje kontaktów z ludźmi w swoim wieku, otacza się dzieciakami i staruszkami. Żyje w świecie kolekcjonerskich
katalogów, z jednego z nich wybiera sobie żonę. Ot, tak żonę za pobraniem prosto z Korei.
Monty’ego wyobrazenia czy tez fantazje na temat żony Azjatki to zlepek popkulturowych „informacji” zabarwionych rasizmem i zwykłą głupotą. Od cech czysto fizycznych zamówionej żony poczynając ( w wyobraźni bohatera każda Azjatka jest małą drobną dziewczynką w kimonie), a na cechach osobowościowych kończąc (oczywiście wg Monty’ego Koreanka to usłużna niewolnica poddana całkowicie swojemu panu, pozbawiona osobowości).
Problem w tym, że Kyung Seo, jego „narzeczona za pobraniem” to wysoka, energiczna osóbka, odrzucająca wszystko co koreańskie.
Bohater Mail order Bride to kolekcjoner, a ten zdziwaczały pomysł na życie w otoczeniu zabawek komiksów i azjatyckiego porno (sic!) łączy się z jego poczuciem niższości i chęcią jakiegoś dziwnego podbudowania swojej wartości przez zbieranie kolejnych „unikatowych” przedmiotów. Jego pomysł na małżeństwo z Koreanką jest podobny, traktuje ją jak lalkę stojącą na półce.
Mało tego on tę lalkę przebiera w tradycyjny strój ludowy i... no właśnie miałem napisać coś o uprawianiu seksu, ale sceny erotyczne w Mail order Bride nie mają nic wspólnego z seksem to obrzydliwy onanizm w wykonaniu obleśnego typa i jego dmuchanej laleczki w stroju ludowym.
Mijają miesiące ten „związek” na pozór ma się dobrze wg Monty’ego oczywiście.
Tymczasem Kyung coraz bardziej i bardziej nieszczęśliwa, trafia przypadkiem na ludzi związanych z lokalną akademią sztuk wszelakich i cóż zaczyna powoli odkrywać siebie w świecie poza sztywno zbudowanymi granicami sklepu z komiksami i łóżka Monty’ego Wheeler’a.
To, w jaki sposób osiąga ten stan wyzwolenia to jedna z najgenialniejszych niemych scen w historii komiksu. Nie znam innego przykładu (jeśli się mylę to odszczekam) opowiadania w komiksie za pomocą ... tańca. Kyung ogląda jakiś totalnie syfny pokaz tandetnego teatru tańca, ale to w jaki sposób on na nią działa, w jaki sposób momentalnie ją zmienia sprawia, że ja jako czytelnik łapie się na ten pseudoartystyczny lep.
I cóż, Koreanka szuka czegoś innego nie może znieść sklepu, zabawek, komiksów i całego tego nerdowskiego pieprzenia, odkrywa w sobie nową osobę, po to tylko żeby stwierdzić że wcale taka nie jest.
Dokładnie tak.
MOB nie ma szczęśliwego zakończenia.
poniedziałek, 6 październik 2008
HARD - pierwsza videorecenzja

Jest tak.
Na pierwszej płycie Sarcofago wydanej w 1987 roku (oczywiście czarnej płycie, czarnej jak ich dusze), chłopcy o długich włosach i złym spojrzeniu popełnili w tytułach utworów kilka literówek/błędów/ artystycznych projekcji ...
Jedna z nich pasuje jak ulał do tego co poniżej.
w tym jedna z najpiękniejszych czyli: Ready to Facky
zatem
ar ju redy tu faki?
sobota, 27 wrzesień 2008
Droga buca

Stare prawdy trzymają się mocno.
Im większy sukces (tzw. artystyczny) twórcy tym większe prawdopodobieństwo, iż tenże zrobi sam z siebie cymbała.
Eddie Campbell osiągnął całkiem sporo i naprawdę nie chodzi tu jedynie o From Hell.
Po genialnym Alec’u, całkiem niezłym Bachusie, poprawnej Black Diamond Detective Agency Pan Autor skręca w stronę ciężkiego onanizmu ładując się w najbardziej kuriozalny projekt komiksowy od czasu Antologii 11/11.
Najlepsze jest w tym to, że Fate of the artist nie jest stricte komiksem. Nie jest także powieścią, powieścią graficzną też nie jest, ani zbiorem pasków, ani tym bardziej omnibusem fotostory z bravogirl.
Fate of the artist jest zlepkiem tego wszystkiego, gęstą zupą nietrafionych artystycznych koncepcji, przyprawioną zdrowo, mocnym zadufaniem w sobie, cierpką bufonadą i udekorowaną liściem bucozy.
A zapowiadało się całkiem nieźle. Rysownik miał taki oto pomysł: opowiedzieć o sobie jako artyście z punktu widzenia osób trzecich i psa (sic!). Eddie Campbell znika, obraża się na rysowanie, sztukę i swoich fanów i po prostu znika. Pojawia się Pan Detektyw, poszukujący Pana Artysty. Przesłuchania kolejnych świadków „życia i twórczości” Pana Autora przetykane są tak absolutnie złymi kawałkami prozy, że do teraz na myśl o nich, a minęło dobrych parę tygodni, brak mi epitetów, jedyne na co mnie stać to jakieś takie przeciągłe pffffffffff…
Byłoby wcale nieźle gdyby na tej cholernej prozie się skończyło, ale Campbell traktuje swoją pracę bardzo „kompleksowo” zatem mamy tam komiksy tzw. zwykłe, mamy fragmenty fotostory i oczywiście kompletnie pozbawione humoru stylizowane na lata 50 XX wieku paski i cartoony. Konkluzja z lektury „artystycznej spowiedzi twórcy komiksu” są następujące:
Tak, to jest złe.
Nie, nie polecam.
Ale to nie koniec rozczarowań.
Dla tych, którzy nie wiedzą Vertigo nie jest pierwszą komiksową akcją imprintową skierowaną do dorosłego odbiorcy. W latach 80 ubiegłego stulecia Marvel wystartował z wydawnictwem Epic comics, w którym ukazały się min Elektra Assassin, Wolverine Meltdown, Moonshodow i komiksy Moebiusa. No i właśnie gdzieś tam kiedyś ktoś wpadł na „genialny” pomysł na postać pod urzekającym imieniem Terror.Teraz tak; Terror to gośc nad którym wisi jakas monstrualnie absurdalna klątwa, która czyni go nieśmiertelnym o tyle o ile w miejsce uszkodzonych/ przegniłych/odpadających/martwych części ciała „wstawia” vel „przejmuje” kulasy, głowy, korpusy innych ludzi. Zasadniczo wsio rawno martwych bądź żywych. Serio.
Była postać i nie ma postaci.
Jakoś przez dekady nikomu do głowy nie przyszło aby wskrzeszać potwora, dosłownie i w przenośni.
Potrzeba było talentu.
Potrzeba było niebanalnej komiksowej osobowości.
Prawdziwego artysty, który ubabra się tandetną produkcją wietrząc w tym sławę i pieniądze.
Szkoda tylko że tym utalentowanym, tym z osobowością okazał się David Lapham.
I tak oto powstał Teror Inc.
Pierwsza nominacja do nagrody Sraczka Roku.
niedziela, 7 wrzesień 2008
Fak dad szit! - samer fakin tajm
W końcu wakacje vol2.
A na blogu się opuściłem bo sierpień był miesiącem pisanio- pracy.
Generalnie "twórcze" klepanie w klawisze pożarło mnie bez reszty.
I ogłaszam oficjalną tygodniową przerwę.
W momencie kiedy zderzające się hadrony strzelą starą, dobrą mamuśkę ziemię w pupala ja będę tutaj:

Albo w okolicy.
A po krótkiej przerwie będzie min :
Droga Buca - czyli jak uznany, znany i całkiem zdolny autor robi z siebie pacana, odrzucając drogę helfa i armoru podążając "Ścieżką Buca" pisząc o sobie... W roli głównej Eddie Campbell.
Wieprze przed wieprze - czyli jak to po wykwintnym, niezależnym daniu, czytelnik obrywa sraczką. W roli głównej David Lapham
Komiks się skończył - Acme Novelty library No 18

